Licznik odwiedzin

monitoring pozycji

28 lipca 2012 Filmik z mazur

11 lipca 2012 Mazury

Długo się nie odzywałem, ale jestem usprawiedliwiony, bo byliśmy na mazurach. WSK moja i mojego taty. Przejechaliśmy ok 1200 km, wprawdzie to nie jest taki wyczyn jaki planowaliśmy, ale można powiedzieć, że to prawie taka sama odległość jak w tamtym roku do Rumunii.
Chyba za wysoko mierzymy. Wujek nie jedzie do Grecji bo nie dostanie urlopu. Z resztą też może być problem, więc nic chyba z tego nie wyjdzie.

15 czerwca 2012 Filmik Bieszczady 2012

Kliknij, aby edytować nagłówek...

Jest problem z naszym wyjazdem. Nie ma szans na start pierwszego sierpnia - tato wtedy pracuje. Prawdopodobnie wyjedziemy czwartego, ale zobaczymy co jeszcze powie trzeci uczestnik wyprawy.

Filmik z wyjazdu w Bieszczady już prawie gotowy.

Zostało: 19 dni

Umieszczam zdjęcie z naszej ostatniej wyprawy. Byliśmy w Boże Ciało w Bieszczadach cztery dni. Filmik już niedługo.

Zostało: 28 dni

Dziś przedstawiam pojazd mojego taty. Na uwagę zasługuje fakt, że na wyposażeniu jest przyczepka motocyklowa :P

Przed                            Po

Zostało: 30 dni

 W najbliższym czasie, 7 czerwca jedziemy w Bieszczady.  

Chciałem się pochwalić moją piękną WSK trochę przygotowana do nie koniecznie najlepszych, dziurawych dróg. 

Przed                                                 Po

10 Maj 2012 Plany wyjazdowe

Plany zazwyczaj mają to do siebie, że z biegiem czasu się zmieniają. Nasz plan wyjazdu do Francji całkowicie wywróciliśmy do góry nogami i zzamiast tłuc się niepotrzebnie do wielkiej aglomeracji jaką jest Paryż jedziemy do pięknej i zawsze ciepłej Grecji. Zachód Europy jest nieporównywalnie droższy niż bałkany.
Mamy zamiar dojechać do Salonik. Po drodze mamy kilka ciekawych miejsc. W zależności od tego jak się nam będzie jechało albo wrócimy do domu albo odbijemy na Turcję. Poniżej dwie możliwe drogi.

3 Maj 2012 Leżajsk - Sieniawa 

22 kwietnia 2012 Jak to się mówi: "W koło komina" 

15 kwietnia 2012 Nowa strona klubowa

W przygotowaniu jest nowa stronka klubowa. 
Kliknij, aby edytować treść...

27 marca 2012 Koszulki klubowe

Dzisiejszego dnia przyszły dawno już zamówione koszulki. Mają fajny nadruk na piersi, zresztą zobaczcie i oceńcie sami.

18 marca 2012 

Nadchodzi powoli czas wybudzania się ze snu zimowego. Od jakiegoś czasu już Pan Prezes jeździ swoim motorem. Ja na razie nie mogę bo mam moto w rozbiórce. Reszta też zbyt bardzo nie jest na razie chętna. 

Zostały nam przedstawione przez projekty koszulek klubowych. Na piersi będziemy mięli bardzo fajne logo. Mam nadzieję, że Pan Prezes czyta ten temat, bo czekam na zdjęcie, co by można było je wrzucić na stronkę.

22 lutego 2012 Nowy "jeździec"

Cześć. Jakiś czas temu przybył nam do klubu nowy członek. Witamy Jacka. Jest to już u nas trzecia osoba o takim imieniu. Mam nadzieję, że nie będziemy się z tego powodu zbytnio mylić.  

Dla naszego klubu jest to taki można powiedzieć "sezon ogórkowy". Mało rzeczy dzieje się wokół naszych motocykli - chociaż co najwytrwalsi już szykują sprzęty do sezonu. Czekamy tylko wiosny...

1 grudnia 2011 Rozbiórka motoru

21 listopada 2011 Przygotowania

Można powiedzieć, że ja zacząłem już przygotowania do wyjazdu do Francji. Motocykl rozebrany prawie do zera. Do wiosny chcę go trochę "odświeżyć"

30 października 2011 Trasa "bardzo wstępna"

Wstępnie ustaliłem trasę do Paryża.
Według google przejedziemy 3720 km.
Chcemy wstąpić na  Zamek i Złotą uliczkę w Pradze, popodziwiać piękno Paryża, zobaczyć Luxemburg.
Państwa do przejechania 
Czechy
Niemcy
Francja
Belgia
Luxemburg

                                                                                                                                        28 września 2011  Plany 2012

Dla tych co chcą naszą wycieczkę poznać od początku do końca.
Porządna ekipa się szykuje na sezon 2012. A w planach oprócz jeżdżenia po miejscu są proponowane dwa miejsca na "wyprawę roku' 

I - Francja - Paryż na motocyklach marki WSK
LUB
II - Stambuł Wueskami do Turcji

Może ktoś jest chętny na wyjazd.

10 września 2011 Relacja Jacka

Pomysł, by pojechać motocyklami WSK do Rumunii, narodził się już dość dawno. W końcu ustalamy termin wyjazdu: 15 sierpnia 2011. Mamy jechac na dwóch WSK-ach 175, ja- Jacek i mój syn Krzyś. Niestety z powodów ode mnie niezależnych (praca), terminu tego nie udaje się dotrzymać. W końcu załatwiam sobie urlop już na pewno od 22 do 31 sierpnia. Wyjazd więc w niedzielę 21 lub w poniedziałek 22. Wtedy niespodziewanie zgłasza się do udziału w wyprawie Prezes naszego Klubu Miłośników Motocykli WSK – Mariusz. Jest tylko pewien problem – urlop dostanie dopiero od 29, w piątek 26 musi być koniecznie w pracy. Dylemat – jechać we dwóch, czy czekać na trzeciego. Postanawiamy czekać. Kurczy się nam więc bardzo czas, jaki możemy przeznaczyć na ten wyjazd. Odrzucamy planowaną wcześniej Mołdawię i postanawiamy wyjechać w sobotę 27 o godzinie 4 rano. Najważniejsze punkty wycieczki to Buczacz, Kamieniec Podolski i Chocim na Ukrainie, wizyta u Polonii w północnej Rumunii i wąwóz Bicaz, Tokaj na Węgrzech i przez Słowację powrót do domu. Z powodu nadmiaru czasu na przygotowania do wyjazdu, zmieniamy z Krzysiem zbiorniki paliwa i osłony boczne w naszych motocyklach, malujemy je w palmy, statki, delfiny, itp. Krzyś odkręca i maluje nawet błotniki. Sprawdzamy silniki, kompletujemy części i kupujemy prowiant. Uczestnicy wyprawy i ich motocykle: 1. Mariusz – Prezes naszego klubu. We wczesnej młodości tj. w latach 80-tych, jeździł motocyklem marki MZ ETZ 150. Po dwudziestu kilku latach przerwy, od 3-4 lat, jeździ motocyklem WSK 175 Kobuz. Motocykl ten, kupiony od pierwszego właściciela, z przebiegiem około 8 tyś km, jest w bardzo dobrym stanie. Sprawdzony na wyjeździe w Bieszczady i w kilku wypadach po okolicy. 2. Jacek. Od 1981 do 1987 użytkownik WSK 125 M06 B3, a od 1988 właściciel obecnego motocykla WSK 175 Kobuz, rok produkcji 1980. Motor kupiony też od pierwszego właściciela z wysypaną skrzynią biegów. Po kilku naprawach skrzyni i znalezieniu w końcu przyczyny słabych skrzyń w „czwórkach”, już niezawodny. Okazuje się, że wałki w skrzyni nawet nowej WSK-i, mają luzy poosiowe i to powoduje sypanie się kłów zazębiających. Po ciasnym spasowaniu, problem ten ginie na zawsze. Mimo niepochlebnych opinii o ładowaniu, w moim motorze nigdy nie brakło prądu. Do dziś mam w nim oryginalny krzemowy prostownik. WSK-ą tą byłem kilkanaście razy w Bieszczadach, kilka razy w Częstochowie, raz na zakupach w Warszawie (300 km w jedną stronę) i u brata ciotecznego na przysiędze wojskowej za Poznaniem (550 km w jedną stronę). Zawsze wróciła do domu o własnych siłach. Mój motocykl znam więc na pamięć i nie mam oporów, by jechać nim daleko. 3. Krzyś – trzeci uczestnik naszej wyprawy. Najmłodszy. W styczniu tego roku skończył 18 lat, końcem kwietnia zdał egzamin, a na początku maja otrzymał prawo jazdy na motocykl. Był nim raz Bieszczadach – ok. 400 km i pokręcił się trochę po miejscu. W sumie razem kilkaset kilometrów. Motocykl jego był kupiony 3 lata temu w stanie agonalnym. Wstawiony silnik od „trójki”, ucięte mocowania tylnych teleskopów, pourywane uchwyty silnika, opony łyse, brak siedzenia, pogięte błotniki – ogólnie złom. Ale miał dowód rejestracyjny i trzy umowy kupna – sprzedaży. Jednak gdy zobaczyłem numer jego ramy, postanowiłem go reanimować dla Krzysia. Nr ramy mojej WSK-i, to 2052850, a ten motocykl miał nr 2052890. Prawdopodobnie oba te egzemplarze są z jednego dnia. W roku 1980, dziennie było produkowane 113 sztuk WSK 175, a więc jest na to bardzo duże prawdopodobieństwo. Po ok. dwuletnim generalnym remoncie wszystkiego: wymianie silnika, instalacji, błotników, zbiornika i siedzenia, motocykl wygląda jak nowy. W styczniu zapada decyzja o rejestracji. Okazuje się, że umarł ostatni właściciel, z którym miałem spisać umowę przed rejestracją. Jadę więc do człowieka z poprzedniej umowy i po argumencie typu „flaszka”, podpisuje on umowę ze mną. Ostrzeżenie: piszmy zawsze umowę w chwili kupna. Przegląd, rejestracja i od maja Krzyś zaczyna jeździć. 
 Dzień pierwszy. Sobota, 27 sierpnia.
 Nadchodzi w końcu czas wyjazdu. Spotykamy się przy kapliczce koło stadionu w Leżajsku. Postanawiają nas odprowadzić kawałek drogi trzy inne motocykle naszego klubu: Tadek z Agą (WSK Sport), Irek (Kobuz) i Waldek (Kobuz). Kilka fotek i o 4:15 ruszamy w kierunku na Jarosław – Przemyśl. W Przemyślu na Orlenie pożegnanie z ekipą odprowadzającą i już tylko we trzech, obładowanymi jak wielbłądy motocyklami, ruszamy na Medykę. Przed granicą kupno hrywien w kantorze i po ok. dwóch godzinach przepychania motorów między autami, kontroli dokumentów i numerów ram przez służby ukraińskie, bez żadnych łapówek (!), wjeżdżamy na Ukrainę. Zaczyna się „Dziki Wschód”. Droga fatalna, co chwila wysokie garby w poprzek drogi, głębokie dziury i tym podobne atrakcje. Pierwsze 100 km jedziemy 3 godziny. Tempo żółwie, a mamy zamiar dojechać wieczorem do Kamieńca Podolskiego. W moim motocyklu puszcza lewy tylny amortyzator. Każde szybsze wjechanie w dziury lub w zakręt z nierówną nawierzchnią, powoduje stawianie WSK-i w poprzek, zarzuca mi tył w prawo. Ale jedziemy. Sambor, w Drohobyczu w Krzysia motorze ginie prąd, motocykl gaśnie po naciśnięciu stopu. Wyjmujemy więc żarówkę, lecz problem nie znika. Okazuje się, że nie łączy stacyjka. Jedziemy dalej. Stryj, Żydaczów, Żurawno, Bursztyn, Białoszewice, Monasterzyska. W Buczaczu, po dłuższych poszukiwaniach, oglądamy ruiny zamku. Pasące się wewnątrz kozy, kury, niżej ludzie rozbierający pozostałości innych ruin. Widok przygnębiający. Nikt tu nie dba o historię. Kilka fotek, posiłek i jazda dalej – na Czortków i Skałę Podolską. Tam znów problem ze stacyjką Krzysia. Starym sposobem podpieramy ją patykiem, żeby dobrze łączyła i już jest OK. Robi się ciemno. Do Kamieńca jeszcze ok. 50 km. Pytamy o camping, nic tu takiego nie ma. Jest hotel, ale co zrobić z motocyklami? Postanawiamy szukać noclegu w najbliższej wsi u ludzi. Udaje nam się. U pana Leonida w sadzie, przy świetle latarek stawiamy namiot. Ogromna życzliwość ludzi, gospodyni grzeje nam wodę do letniej bani (budka z desek z beczką na dachu i prysznicem w środku). Bierzemy prysznic, gospodarz woła na kolację i wino, ale nie mamy już sił na nic. Odmawiamy grzecznie i idziemy w końcu spać.
 Dzień drugi. Niedziela, 28 sierpnia.
 Bladym świtem zwijamy namiot i pakujemy bagaże. Szybka toaleta – bardzo ciekawy kran na dotyk: garnek wisi na płocie, w dnie dziura z bolcem uszczelnionym gumą. Po dotknięciu bolca leci woda. Taka ukraińska fotokomórka. Tym razem gospodarz nie ustępuje i woła na śniadanie: ziemniaki z jakim mięsem i oczywiście z chlebem, kawa i czaj. Chwila rozmowy, pamiątkowe zdjęcia. Pożegnanie i odjazd. Wrażenia z noclegu bardzo pozytywne. Zapłaciliśmy po 20 hrywien od osoby (choć gospodarz na początku nie chciał ich przyjąć), czyli po ok. 8 zł. Według jego relacji, za ogrzewanie gazem domu płaci on przez całą zimę 120 hrywien. Jedna nasza wizyta to pół zimy grzania. Zaprasza nas serdecznie, byśmy go jeszcze kiedyś odwiedzili. Jedziemy. Kamieniec Podolski. Widok twierdzy imponujący. Zostawiamy motocykle pod opieką pani z kasy, kupujemy bilety i dłuższe zwiedzanie Starego Zamku. Następnie przejeżdżamy przez most do miasta, runda po starym rynku i stajemy pod polskim kościołem. Za pół godziny ma być msza w języku polskim. Postanawiamy skorzystać z okazji, krótki spacer z Krzysiem, zdjęcia panoramy ze Starym Zamkiem od strony miasta i wracamy do kościoła. Trafiamy na mszę, na której jest cztery śluby. Nabożeństwo odprawiane jest w dwóch językach: polskim i ukraińskim. Po mszy udaję się do toalety przy plebanii. Typowo wschodnia. Pomieszczenie z małą dziurą w betonowej posadzce. W kącie zaparkowana miotła – chyba po to, gdyby ktoś nie trafił. Okropność. Ruszamy dalej. Bruk miejski jest strasznie wyboisty. Od motocykla Krzysia odpada klosz przedniej lampy. Młody zbiera z drogi szkła i wyrzuca je do kosza. Resztę odblasku przywiązujemy sznurkiem do lampy, bo śrubka gdzieś zginęła. Żarówka o dziwo, mimo kontaktu z kamieniami, świeci dalej. Śmiejemy się, że Krzysiek ma teraz najlepsze światła, bo jego klosz jest najczystszy. Kierunek Chocim. Tam wjeżdżamy na parking przed twierdzą i zwiedzanie zaczynamy od zrobienia obiadu. Po obiedzie oglądamy twierdzę, robimy pamiątkowe zdjęcia i kierunek Czerniowce. Przed Czerniowcami, na długim, łagodnym podjeździe, powoli wyprzedza nas dwóch młodych Ukraińców na jakiejś Hondzie z lat 80-tych, o poj. tak na oko 200 cm sześciennych. Krzyś oczywiście podejmuje wyzwanie. Przegazówka, redukcja do trójki, podciągnięcie do 70 km/h, czwórka, 90km/h i już siedzi im na ogonie. Ja ruszam także, ale po to, żeby powstrzymać Młodego. Dochodzę go i daję mu znak, żeby dał spokój, bo do domu jest jeszcze za daleko, aby tak żyłować silnik. Odpuszcza. Tłumaczę mu, że na Węgrzech już byśmy się mogli pościgać, ale przed nami jeszcze Rumunia. Dalej już spokojnie jedziemy na Czerniowce, a potem na przejście graniczne Siret. Przed granicą tankowanie. Zostaje nam dość dużo hrywien, postanawiamy więc wymienić je na leje rumuńskie. Operacja niewykonalna. W ukraińskim kantorze mogą nam najwyżej sprzedać euro lub dolary. Waluty rumuńskiej nie mają. Decydujemy się na euro, które może się przydać na Słowacji. Przejście graniczne puste, zero kolejki. Ukraińscy celnicy z zainteresowaniem oglądają nasze motocykle. Jeden z nich miał kiedyś Jawę. WSK jest marką nieznaną. Po sprawdzeniu w komputerze stwierdzają, że takiego motoru nie ma. Jak to nie ma – pytam – jeśli tu stoją, i to aż trzy sztuki. Cała odprawa na wesoło, wszystko trwa kilkanaście minut. Po stronie rumuńskiej niedbały rzut oka uśmiechniętej celniczki na nasze paszporty i jesteśmy w Rumunii. Wita nas tu piękny zachód słońca. Całkiem inny świat: dobra droga, stacja paliw z normalną, europejską toaletą. Wymieniamy euro na leje i jedziemy w kierunku Radauti, potem na Solcę. Robi się ciemno, postanawiam przejechać przez centrum Solcy, zamiast jechać obwodnicą. Pomysł niezbyt udany. Po kilkuset metrach asfalt się kończy, zaczynają dziury. Rezygnujemy z centrum, zawracamy i jedziemy jednak obwodnicą. Za Solcą mają być osady Polaków mieszkających w Rumunii. Do świateł reflektora mojej WSK-i, staramy się zorientować na mapie, gdzie jesteśmy. Gdzieś tu trzeba skręcić w prawo. Niestety mapa, która jedzie na siedzeniu pod moim tyłkiem, jest akurat w tym miejscu na zgięciu poprzecierana. Na przyszłość trzeba mieć jakiś mapnik na zbiorniku. Postanawiamy zasięgnąć języka u tubylców. Zatrzymujemy motocykle koło trzech dziewczyn, lecz te uciekają na nasz widok. Dopiero napotkana większa grupa ludzi, chce z nami rozmawiać. Rzucam nazwy miejscowości. Machając rękami tłumacza nam, że mamy skręcić w prawo. Tyle to i ja wiem. Ale kiedy i gdzie, to nie możemy zrozumieć. Pomalutku jedziemy dalej. W pewnej chwili dostrzegam drogowskaz „Soloneu – Nou 6 km”. Skręcamy. Betonowa droga doprowadza nas w końcu do celu. Zaczyna się wieś, po polsku „Nowy Soloniec”. Ciemno wszędzie. Zatrzymujemy się przy pierwszym oświetlonym domu. Gasimy maszyny. Szczekają dwa psy, z domu wychodzi chłopiec, potem kobieta. Rzucam pytanie: „Gdzie tu mieszkają Polacy?”. „My jesteśmy Polacy” – odpowiada kobieta. Trafiamy do domu państwa Jana i Genowefy Pauliuc. W domu są jeszcze dzieci: piętnastoletni Kazik i jedenastoletnia Klaudia. Dwie starsze córki wyjechały do pracy do Włoch. Przedstawiamy się i pytamy o nocleg. Mariusz chce stawiać namiot, ale gościnni gospodarze proszą nas do domu. Dostajemy osobny pokój. Przykrywamy motocykle plandeką i prowadzimy długą nocną rozmowę z naszymi rodakami. Dowiadujemy się, ze dwa lata temu dotknęło ich nieszczęście. Od zwarcia instalacji elektrycznej, spłonął ich dom. Domek, w którym teraz jesteśmy, to rodzinny dom Janka. Spalony dom pomalutku jest odbudowywany. Jest ciężko, bo pan Janek pracuje tylko w lecie na budowach. W starym domku nie ma wody, po którą trzeba chodzić ok. 150 metrów. Ale pani Genowefa chwali dzieci, że jej pomagają. Kazik nosi dwa wiadra naraz, a Klaudia dwa wiadra napełnione do połowy. Jest mi głupio, że na początku poprosiłem o wodę do umycia rąk. Idziemy spać.
 Dzień trzeci. Poniedziałek, 29 sierpnia.
 Rano po przebudzeniu zabieramy wszystkie wiadra i we trzech z panią Genowefą idziemy oglądać odbudowywany dom. Koło niego jest studnia. Tam robimy poranna toaletę, nabieramy wody i wracamy do gospodarzy. Pan Janek idzie do pracy na budowę. Po śniadaniu wożę Kazika i Klaudię motorem po wsi. Kazik jeździł kiedyś współczesnym skuterem, daję mu się więc przejechać moją WSK-ą – oczywiście ruszam mu z miejsca, bo „czwórka” jest trudna dla nie znających tego typu motocykla. Jedynka, dwójka, Kaziu przejmuje stery. Frajda ogromna. W pewnym momencie spostrzegam brak jednej ze śrub mocujących lampę do teleskopów przednich. Kazik przynosi skrzynkę żelastwa – gwoździe, wkręty i różne śrubki. Udaje mi się znaleźć szóstkę, ale bardzo długą. Uciąć nie ma czym, odkręcam więc nakrętkę od mocowania zbiornika paliwa, bo wiem, że mam tam kontrę. Wkręcam ją ok. 1,5 cm na śrubę, skręcam lampę. Jest OK, tylko śruba bardzo wystaje na bok. Krzyś radzi, bym zakręcił taką samą z drugiej strony, to będę miał gdzie suszyć skarpetki w czasie jazdy. Pożegnanie z gościnnymi gospodarzami i czas nam jechać dalej. Za Gura Humorului skręcamy na Stupicani. Kilkanaście kilometrów wspinamy się cały czas pod górę. Koło miejscowości Tarnina, natrafiamy na ruiny jakiejś potężnej fabryki. Opuszczone hale, zdewastowane budynki, kilka bloków w ruinie. Widok jak z Czarnobyla. W końcu osiągamy przełęcz i na zgaszonych silnikach zjeżdżamy 11,5 km do Holdy. Dalej drogą wzdłuż rzeki Bistrita, dojeżdżamy do jeziora Lacul Izvorul Muntelui. Ok. 40 km droga prowadzi wzdłuż jeziora. Krajobrazy jak z bajki. Otoczone wysokimi górami jezioro wygląda przepięknie. Dochodzi nas kilku motocyklistów z Czech. Ich współczesne maszyny trochę lepiej radzą sobie na podjazdach. Puszczamy ich do przodu, machamy rękami, ich uniesione w górę kciuki dodają nam otuchy. Za tamą na jeziorze, przed miastem Bicaz, odpoczynek. Jemy obiad, chwila leniuchowania i ostatnie kilometry do celu podróży – Wąwozu Bicaz. To, co widzimy po chwili, przechodzi wszelkie nasze oczekiwania. Przytłacza nas ogrom skał, wiszących często nad drogą, prowadzącą dnem wąwozu. Każdy następny zakręt odsłania nam coraz to nowe, zapierające dech w piersiach widoki. Inni reagują chyba podobnie, bo widok stojących na środku drogi aut i ludzi robiących zdjęcia, jest bardzo częsty. Po chwili zaczynają się serpentyny. Prowadza pod górę. Jadąc na pierwszym biegu, musze bardzo pilnować obrotów silnika, tak jest miejscami stromo. Dochodzę do wniosku, że w dwie osoby „czwórka” mogłaby tu nie dać rady. Tunel, następne serpentyny i cały czas sięgające nieba skalne olbrzymy. Gdy wąwóz się kończy, zawracamy i robimy go jeszcze raz w drugą stronę. Często stajemy, Krzyś robi zdjęcia i kręci filmiki. Znów do końca i jeszcze raz z powrotem. Nie możemy się nasycić pięknem, które nas otacza. Robi się coraz później. Postanawiamy szukać noclegu. Po kilku kilometrach znajdujemy małe pole namiotowe. Wjeżdżamy na nie. Strome podwórko, na którym stoi dom, otoczone jest lasem i skałami. Środkiem płynie mały strumyczek, stoi jeden namiot. Próbujemy dogadać się z właścicielem. Nic z tego. Dopiero z pomocą przychodzi nam mieszkający w namiocie turysta rumuński, który zna angielski. Już bez problemów ustalamy warunki noclegów. Gospodyni grzeje wodę na kąpiel, a my rozbijamy obóz. W czasie stawiania namiotu, odwiedza nas sąsiad – turysta z butelką po mineralnej i plastikowymi kubkami. Nalewa nam po trochu białego płynu. Myślę, że to mineralna, ale okazuje się to 60-cio procentową śliwowicą. Z lekka nas skręca, ale nie wypada odmówić. My z Młodym stawiamy dalej namiot, a Prezesa, by się zrewanżować, wysyłamy po piwo do pobliskiego sklepu. Kąpiel, kolacja, piwo, spacer po okolicy i idziemy spać. Tak kończy się trzeci dzień naszej wyprawy.
                                                            Dzień czwarty. Wtorek, 30 sierpnia.
 W nocy temperatura gwałtownie spada. W miarę upływu godzin, zakładamy z Krzysiem coraz to nowe części garderoby. Ranek wita nas przenikliwym zimnem. Po porannej toalecie Młody żałuje, że nie spał w WC, bo tam jest dużo cieplej. Gorąca herbata stawia nas na nogi. Zwinięcie namiotu i zaczynamy się ubierać. Zakładam dwie pary skarpet, dwie pary spodni, ciepły golf i dwie kurtki. Krzyś podobnie, tylko że skarpet założył aż trzy pary. Prezes oprócz tego kalesony. Palimy maszyny. WSK Mariusza gaśnie kilkanaście razy i nie chce wchodzić na obroty. Chyba też nie lubi takiego zimna. Po iluś tam zapaleniach, zgaśnięciach, strzałach w tłumik i zadymieniu całej okolicy, zaczyna w końcu reagować na manetke gazu. Kanonada ta wywabia z namiotu sąsiada, wychodzi on nas pożegnać. Właściciel pola się nie pojawia. Może jest już zagazowany, bo cały dym z rury wydechowej leciał na jego dom. W końcu ruszamy. Po pokonaniu przełęczy Pangarati, zaczyna się jazda w dół zboczami ogromnej doliny. Droga wije się olbrzymim łukiem pośród lasów. Widać ją na przestrzeni kilku kilometrów, jak schodzi zakolami w dół, coraz niżej i niżej. Dojeżdżamy do Gheorgheni. Tankowanie i kierunek Toplita. Droga prowadzi wzdłuż rzeki Mures. Rzeka z lewej, skały z prawej, jest pięknie. Nowy asfalt, brak pobocza i bardzo głębokie, wybetonowane rowy. Jak są głębokie, przekonujemy się spotykając Audi, które wpadając w rów, wywróciło się na dach i wcale z rowu nie wystawało. Złapanie pobocza, to dla auta kasacja, a dla motocyklisty śmierć lub kalectwo. Za miejscowością Deda, postanawiamy sobie skrócić drogę i pojechać na Vatavę i Monor. Zjeżdżamy z głównej i zaczyna się robić ciekawie. Asfalt się kończy, droga jest kamienista, miejscami leżą kamienie wielkości dwóch cegieł. Zbliża się południe. Postanawiamy cos zjeść i zacząć się rozbierać, bo robi się w końcu trochę cieplej. Przejeżdżający furmanką tubylec robi nam pare zdjęć, my jemu też. Krajobraz jak z Dzikiego Zachodu. Panorama wzgórz, pasące się w oddali stada krów, tworzą spokojny, sielankowy nastrój. Krzyś z aparatem udaje się robić fotki stad, a my przygotowujemy kanapki. Po posiłku jedziemy dalej. Najpierw powolutku jedynką, czasami dwójką. Po kilku kilometrach przyzwyczajamy się do drogi i sypiemy miejscami już nawet na czwartym biegu. Na kamieniach trochę rzuca, ale wyprowadzanie stającego w poprzek motocykla, mam już opanowane do perfekcji. Lewy teleskop siedzi totalnie, boję się, by nie urwać w końcu tylnego wahacza. Pocieszam się jednak, że spawarki są znane raczej w każdym kraju. Po ok. 18 km kamienistej drogi, dobijamy do asfaltu. Nasze czarne foliowe worki, w które owinięte są śpiwory, karimaty i namiot, robią się szare. Flagi są też szaro – czerwone. Wszystko totalnie zakurzone. Mamy nadzieję, że może podczas szybkiej jazdy, trochę tego z nas zleci. Już główną droga, w kierunku Baia Mare, a potem Satu Mare, jedziemy w stronę Węgier. Granicę przekraczamy w miejscowości Petea. Tradycyjnie, by nie robić huku i smrodu, motocykle pchamy. Znów zero kolejki, krótkie obejrzenie paszportów i jesteśmy na Węgrzech. Prowadzę na Mateszalkę, potem na Nyiregyhazę. W pewnym momencie dołącza do nas szalony Węgier na crossie. Jadąc przed nami z prędkością ok. 70 km/h, podnosi przód motocykla i jedzie na jednym kole i tak kilkanaście razy. To z przodu, to z boku, to z tyłu. Po kilkukilometrowych wyczynach, skręca w bok. Żegnamy się z nim podniesionymi kciukami. Powoli się ściemnia. Za Nyiregyhazą wpadam w chmurę jakichś owadów. Dudnią po szybie kasku i po przedniej lampie. Szarańcza ta jest dosyć duża, sądząc po sile uderzeń. Widzę coraz mniej, dobrze, że znam tę drogę. Do Tokaja dojeżdżamy o 20:30. Na campingu Krzyś zostaje przy motocyklach, a ja z Mariuszem idę do recepcji. Pani, która tam siedzi, nie chce z nami rozmawiać ani po niemiecku, ani po angielsku, tylko po węgiersku. Na palcach pokazujemy, ilu nas jest i robiąc z dłoni daszek, tłumaczymy, że chcemy postawić namiot. Pani rozumie, nie ma problemu. Pytamy o cenę – kciuk pocierający palec wskazujący – też jest to gest zrozumiały. Pani na kartce pisze jakąś astronomiczną, kilkutysięczną cyfrę. Chcemy w euro. Kalkulator – recepcjonistka coś tam mnoży, dzieli, dodaje i wychodzi jej 16 euro. OK., płacimy i pytamy o miejsce (plac), gdzie możemy się rozłożyć. Szeroki ruch ręki - wszędzie, gdzie tylko chcemy. Wybieramy miejsce na brzegu Tiszy, pod latarnią, bo nie trzeba przy stawianiu namiotu świecić latarkami. Urządzanie obozu zaczynamy od wypicia reszty kupionego jeszcze w Rumunii piwa. Tak pokrzepieni na ciele i duchu, my z Krzysiem stawiamy namiot, a Prezes robi kolację. Po kolacji toaleta i prysznic (ze światłem na fotokomórkę, tym razem prawdziwą, nie ukraińską). Jest bardzo ciepło, wykąpani, najedzeni, idziemy na nocny spacer po Tokaju. Wracamy koło północy i kładziemy się spać. Jest to dzień skrajnych temperatur: rano było bardzo zimno, tylko kilka stopni powyżej zera, w centralnej Rumunii, w porze obiadowej, termometr Krzysia zanotował w cieniu 33st.C, a teraz też jest jeszcze ponad 20 stopni. 
Dzień piąty – ostatni. Środa, 31 sierpnia. 
Pobudka jak zwykle bladym świtem. Pod koniec wyprawy nabieramy coraz większej wprawy w likwidowaniu obozu i pakowaniu gratów. W Tokaju postanawiamy kupić słynne wino, wstępujemy więc do pana Gończego i w jego winiarni dokonujemy zakupów. Następny punkt programu – zwiedzanie prywatnego muzeum motocykli w Bodrogkeresztur. Są tam niespotykane u nas egzemplarze motocykli marki Csepel i różne odmiany Panonii. Ciekawostką jest przekrój silnika dwucylindrowego, w którym jeden cylinder stoi za drugim. Nie jest to V, tylko silnik rzędowy. Dziwnie też wygląda chodzący w drugą stronę zegar. Po obejrzeniu wszystkich eksponatów, ruszamy w kierunku granicy ze Słowacją. Jeszcze kilka fotek w winnicy i jedziemy dalej. Zmagamy się z bardzo silnym wiatrem wiejącym z czoła. Przejeżdżające z przeciwka tiry wywołują wiry powietrza, które wyhamowywuja nasze motocykle. Więcej niż 70 km/h nie da się jechać. Po godzinie zmagań wjeżdżamy na Słowację, kierunek Vranov n. Toplu. Tam Krzysiowi kończy się paliwo. Przechyla motocykl na lewo, przelewa resztki z prawej strony zbiornika i na oparach dojeżdża do stacji paliw. Tankujemy wszyscy po 3, 5 l, po 5 euro, jako że na Słowacji paliwo jest drogie. Krótki postój koło ruin zamku w Siedliskach i przez Stropkov, Świdnik i Barwinek wjeżdżamy do Polski. Tam tankowanie do pełna i jazda dalej. Kilka kilometrów za granicą, nad rzeczką, ostatni wspólny posiłek na trasie. Przez Brzozów, Dynów i Łańcut, o godzinie 17 wjeżdżamy do Leżajska. Dobiega końca pełna niezapomnianych wrażeń podróż, podczas której zwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc w kilku krajach i poznaliśmy prostych, życzliwych ludzi. W sumie przejechaliśmy 1628 km. Koszt wyprawy zamknął się w kwocie ok. 300 zł od motocykla. Miłą niespodziankę sprawiły nam nasze maszyny swoją bezawaryjnością. Spalanie po podliczeniu wszystkich wlanych litrów i przejechanych kilometrów w mojej wuesce, wyniosło 2,67 l/100km. Spowodowane to było bardzo delikatnym traktowaniem motocykla na trasie (łagodne rozpędzanie, bardzo dużo jazdy na luzie, spokojna, równomierna jazda). Jak widać na naszym przykładzie, dobrze przygotowaną WSK-ą 175, można robić naprawdę długie wypady. Średnia dzienna wyniosła ponad 300 km, a w pierwszy dzień zrobiliśmy ich nawet 424. Już teraz planowany jest wyjazd WSK-ami z Leżajska do Paryża. Pozdrawiam wszystkich motocyklistów i do zobaczenia na szlaku.

3 września 2011 Wideorelacja z wyprawy

W przygotowaniu jest jeszcze filmik z wyprawy.

2 września 2011 Podsumowanie

Awarie dotyczyły głównie mojego motocykla:
- w Kamieńcu Podolskim na nierównym bruku odkręcił mi się klosz lampy, spadł i się potłukł,
- w pewnym momencie stacyjka odmówiła posłuszeństwa - tradycyjnie nie łączyła. Podparcie patykiem pomogło.

Motocykl wujka miał codziennie problemy z odpaleniem. Szczególnie wtedy gdy był zimny. Najtrudniej palił w wąwozie Bicaz, rankiem, gdy temperatura była bliska zeru.

U taty przestał trzymać jeden teleskop tylny i na dołach musiał bardzo uważać bo go stawiało w poprzek, przez co większość drogi "mulił" ;P

W sumie zrobiliśmy 1628 km, zwiedziliśmy 5 krajów. Koszty wyprawy oscylują wokół 300 zł, także nie jest to cena wygórowana zważywszy na to, że zwiedziliśmy kawał świata. Z naszych wyliczeń motocykle paliły średnio 2,5 l benzyny na 100 km.

31 sierpnia 2011 Dzień 5 - znowu w domu

Z Tokaju trasa była już łatwa. Rankiem zawitaliśmy do winnicy na zakupy, oraz zwiedziliśmy muzeum staroci. Szybko minęliśmy granicę w Satoraljaujhely, a jeszcze szybciej Barwinek. I tak znaleźliśmy się w Polsce. Aby ominąć Rzeszów skierowaliśmy się na Brzozów. Stamtąd w stronę Łańcuta i na leżajsk. Po drodze jedziemy najbardziej chyba krętymi serpentynami w Bieszczadach. 

30 sierpnia 2011 Dzień 4 - Rumunia - Węgry

Poranek obudził nas przeraźliwym zimnem. Ubrani we wszystko co mamy ruszyliśmy w dalszą drogę. Po pięknych serpentynach dotarliśmy w końcu do większego miasta i stamtąd kierując się na północny wschód ruszyliśmy w stronę Węgier. Droga była śliczna. Z prawej urwisko a z lewej w dole płynęła rzeka. Wszystko co dobre szybko się jednak kończy i tak samo u nas skończyła się dobra i równa droga.  Skręciliśmy na skrót, który okazał się drogą nie lepszą od polnej. Gdy ją przejechaliśmy nasze motory pokrywał centymetrowy osad piechu. Jedyne na co nie mogliśmy narzekać to widoki.
Gdy znaleźliśmy się już na płaskim terenie zaczęły się roboty drogowe i drogi szybkiego ruchu. Był to chyba najbardziej uciążliwy odcinek drogi. Później jednak znaleźliśmy się na niewielkich pagórkach, na których ruch był mniejszy.  Wieczorem przekroczyliśmy granicę w Petea, a późną nocą zatrzymujemy się  na polu namiotowym w Tokaju. Robimy nocny wypad na miasto.

29 sierpnia 2011 Dzień 3 - Półmetek

Góry Rumunii przypominały mi nasze Polskie Bieszczady, z tą tylko różnicą że są od nich wyższe. Ten dzień przyniósł niezwykłe urozmaicenie jeśli chodzi o krajobrazy. Rankiem jechaliśmy mało uczęszczaną drogą. Gdy osiągnęliśmy szczyt zgaśiliśmy silniki i pędziliśmy tak w dół 11 km podziwiając piękne krajobrazy. Po dojechaniu do głównej kierowaliśmy się wzdłuż wielkiego jeziora, gdzie widoki były równie niesamowite. Po drodze minęło nas trzech Czechów na współczesnych motocyklach, którzy żywiołowo nas pozdrawiali.
Od Bicaz Chei już czuło się bliskość wielkiego wąwozu, jednak to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Skały, których szczyty sięgały chmur, przepaście, które od drogi dzielił tylko niski murek i ten niesamowity chłód w sierpniowy piękny dzień.
Noc spędziliśmy na polu namiotowym w okolicach wąwozu.

28 sierpnia 2011 Dzień 2 - Kamieniec Podolski i Rumunia

Rankiem zwinęliśmy obóz i skierowaliśmy się w stronę Kamieńca Podolskiego. Za 12 Chrywien zwiedzilismy zamek i uczestniczyliśmy we mszy w Polskim kościele. W moim motorze na dołkach odpadł klosz lampy i potłukł się spadając na bruk.
Pod zamkiem w Chocimiu zjedliśmy obiad i skierowaliśmy się w stronę granicy, którą osiągnęliśmy pod wieczór. W porównaniu z przejściem w Medyce ta granica była niebem na ziemi.
Po nocy podziwialiśmy Rumunię. Góry z nikąd wyrosły nam przed oczami. Po nocy dotarliśmy do polonii rumuńskiej i tam znaleźliśmy nocleg w domu Polaków.

27 sierpnia 2011 Dzień 1 - Ukraina

W końcu wystartowaliśmy. Godzina 4:00. Jest nasz sześciu. Trzech nas odprowadza do Przemyśla. Ten osiągamy bardzo szybko i po rozstaniu z kolegami ruszamy w stronę granicy. Od godziny szóstej z minutami do ósmej staliśmy w kolejce do odprawy,  poza tym trafiliśmy na zmianę pracowników, którym wcale nie spieszyło się do pracy.
To co mnie osobiście uderzyło na początku ukrainy to straszne dziury. Po kilkuset kilometrach zatęskniłem za naszymi drogami. 
Szybko zjechaliśmy z głównej drogi i kierowaliśmy się w stronę Kamieńca. Pod wieczór udało nam się zwiedzić ruiny zamku w Buczaczu. 
Nocleg znaleźliśmy na podwórku u mieszkańców małej miejscowości przed Kamieńcem Podolskim. Za 50 Hrywien dostaliśmy możliwość rozbicia namiotu i wzięcia polowego prysznica.
Krajobraz Ukrainy nie był monotonny. Najpierw płaskie tereny poprzecinane rozmaitymi rzeczkami, później zaś pagórkowate. Zwierzęta chodzą tu po ulicy, a kozy pasą się na terenie zamku w Buczaczu. Szkoda, że nie nagrałem jak wujek o mało co nie rozjechał krowy, która wylazła mu przed motocykl.

  To co mnie osobiście zapadło w pamięć to życzliwość mieszkańców - zawsze gdy zatrzymywaliśmy się by spojrzeć na mapę obok nas nie wiadomo skąd i kiedy pojawiało się kilku Ukraińców i pytało gdzie chcemy jechać.

26 sierpnia 2011Do zobaczenia

To co, wypada pożegnać się przed wyjazdem ;) Jutro ruszamy. Start godzina 4:00, także jakby ktoś z Leżajska został przez nas obudzony to z góry przepraszamy. Do Rumunii startujemy na trzech motocyklach. Dodatkowo do granicy ma nas eskortować trzy motocykle. Zdjęcia i filmy po powrocie. 

Do zobaczenia, mam nadzieję, że za pięć dni. Trzymajcie kciuki

26 - 31 sierpnia 2011 - Polska - Rumunia

26 sierpnia 2011Gotowi!!!

Na razie tylko mój motor.
I motor taty
Trzeci motocykl - pana prezesa

25 sierpnia 2011Zdjęcia od "Prezesa"

23 sierpnia 2011Malowanie

Efekt końcowy
Poniżej zdjęcia mojego zbiornika po malowaniu.
I elementy tatowego motocykla.

23 sierpnia 2011
Kontrola tłoka i cylindra

22 sierpnia 2011
Przygotowania

Tato poprzestał na malowaniu jedynie zbiornika i osłon. Efekty naszej pracy zobaczycie jutro. Postaram się załatwić też zdjęcia od trzeciego członka wyprawy.
Ja zacząłem od rozebrania mojej WSK. Przygotowuję jej błotniki pod malowanie. Oprócz tego wszyscy chcemy mieć wysokie zbiorniki, co by można było do nich wlać więcej paliwa. Poniżej zdjęcia mojego motocykla.

20 sierpnia 2011
Planowana trasa

20 sierpnia 2011
Pomysł na wyprawę do Rumunii.Na jednym ze spotkań klubowych powstał pomysł wyjazdu motocyklem marki WSK gdzieś poza granice Polski. Pierwotnie miała to być Francja, ale po kalkulacji kosztów postanowiliśmy jechać do Rumunii. Chcemy zwiedzić jak najwięcej, odwiedzić kilka państw, a wszystko to jak najmniejszym kosztem.
Skład
Z dziewięciu motocyklistów naszego klubu zadeklarowało się jechać tylko trzech. Reszta marudzi, że to do Rumunii strach jechać, że daleko. Cóż, ominie ich ta gratka. Ważne, że nas trzech pała entuzjazmem i już nie może się doczekać wyjazdu.

Pojazdy
Jak już wspomniałem po drogach Europy poruszać będziemy się motocyklami marki WSK. Oczywiście jedziemy czwórkami. Może być ciekawie, zważywszy na to, że jeżdżąc "po miejscu" często zdarzają się nam awarię, a co dopiero przejechać na raz 2000 km.

Trasa
Termin wyprawy ustaliliśmy na 27 sierpnia 2011 roku. Wyjazd planujemy o godzinie 4:00 żeby w miarę łatwo pokonać granicę z Ukrainą. Przybliżony dystans wynosi 2000 km.

Cel
Najdalej wysuniętym na południe miejscem które chcemy odwiedzić jest wąwóz Bicaz. Głębokością ustępuje tylko francuskiemu Verdon. Oprócz tego chcemy dnia pierwszego dojechać do Kamieńca Podolskiego, drugiego do polskich osad w północnej Rumunii. Trzeci dzień to już wspomniany Bicaz i tego samego dnia chcemy zbliżyć się do granicy Węgierskiej. Następny jeden lub dwa dni to już Węgry i Słowacja.
Zainteresowanych wyprawą proszę o pisanie na mój adres: darth_maul_93@o2.pl


Kliknij, aby edytować nagłówek...

Kreator www - przetestuj za darmo